Stowarzyszenie Turystyczne Oceanicus. Wakacyjne spływy kajakowe i weekendowe wypady na kajaki przez cały rok

Relacja: Spływ Niepodległościowy

Termin: 11 listopada 2008

kiero: Mateusz Popiołek

11 listopada 2008 roku.

90-lecie odzyskania niepodległości przez Polskę.

Politycy się kłócą o samoloty, o pomosty, autostrady i przywileje, bale i gale, a my...

A my sie nie kłócimy i na swój sposób śwętujemy. Spływem z Warszawy do Nowego Dworu Mazowieckiego!

Kajaki wypożyczyliśmy od Ważki. 3 podwójne polietyleny i jedna jedynka polietylenowa Prijona. Do tego Adaś ze znajomymi na starcie zameldowali się z dwoma palavami. I tak w 11 osób już o 9,05 zeszliśmy na wodę przy Moście Łazienkowskim w Warszawie.Tak ścisłym wykonaniem założonego planu byłem szczerze zdziwiony - planowałem zejście na wodę właśnie koło 9,00! Idealnie zatem! Pogoda - super! Słoneczko, cieplutko, lekki wietrzyk. Wkrótce będę bardzo żałował, że tego dnia posłuchałem się rodziców i żeby ich nie niepokoić, że zmarznę, nałożyłem piankę neoprenową. Systematycznie się z niej potem rozbierałem:)

Przez Warszawę płynęliśmy "w miarę" razem. W miarę oznacza w tym wypadku, że co jakiś czas czekaliśmy na palavy, które jednak nieco wolniej od nas płynęły. Ale i tak radziły sobie nad wyraz dobrze. Po kilkunastu minutach wiosłowania i pagajowania mijamy motorówkę Policji. Albo to ona nas mija, trudno stwierdzić. Mamy na sobie kamizelki asekuracyjne, więc tylko sobie pomachaliśmy i popłynęliśmy każdy w swoją stronę. Panowie w motorówce mili, przy nas zwolnili, żeby fal nie robić. Żeby to zawsze i wszędzie byli tak mili motorowodniacy...

Przepływamy pod kolejnymi mostami. Podziwiamy Cytadelę - jedyną chyba twierdzę w Europie i na Świecie, której armaty, zamiast na zewnątrz, żeby bronić miasta w której stoi twierdza, wycelowane były właśnie w to miasto, żeby w razie czego je uspokoić. Ot, taki folklor:)

Płyniemy dalej przez Warszawę. Mijamy jakiś punkt zrzutu "czegoś" do Wisły. Nie chcę wiedzieć, czego. Ale nie śmierdziało. Tylko ptaki znalazły sobie niezłą stołówkę i całymi chmarami sie uwijały.

Wypływamy z Warszawy i... ja tracę rozeznanie w terenie:/ Powód? Na moich mapach - popularne "setki" topograficzne, nie ma na północ od Warszawy zaznaczonej żadnej linii wysokiego napięcia. A mijamy ze trzy! Co to, tajemnica wojskowa strategiczna? Następnym razem całą trasę na google maps sprawdzę! :) Na szczęście na brzegu są tabliczki z kilometrażem. Startowaliśmy z 511 km szlaku. Na 528 zrobiliśmy sobie techniczną przerwę na "siusiu" - panie na lewo, panowie nie muszą:) I na dopompowanie palav, które przypłynęły, kiedy my już się szykowaliśmy do odpłynięcia - ale taka była umowa po opuszczeniu Warszawy, że nieco ich odsadzimy i poczekamy gdzieś na wyspie jakiejś. No i jak niby mieli płynąć szybko, jak zmęczeni imprezką poniedziałkową odsypiali na palavie? :) Warto nadmienić, że te 17 km zrobiliśmy w 2 godziny!

Po kolejnej godzince niespiesznego płynięcia, z licznymi przerwami i tratwowaniem się, o 12,30 dobijamy do wyspy, gdzie planujemy popas. Zbieramy drewno na ognisko - wyschnięte na pieprz! Nie jest trudno je znaleźć - na wybranej przez nas wysepce grasuje jakaś ekipa remontowo - budowlano - niszcząco - burząca pod wezwaniem BOBRÓW! Niesamowite stworzenia przetrzebiły niemały lasek - mi jego widok przywodził na myśl scenę z "Szeregowca Ryana", gdzie co drugie drzewo leżało przewalone, nadgryzione, oparte w połowie o inne i tylko dlatego nie runęło do końca...

Ognisko pięknie się paliło, upiekliśmy kilka kiełbasek, pogadaliśmy o wszystkim i niczym, poplotkowaliśmy - zeszła nam na to godzinka. O 2, po eleganckim zagaszeniu ogniska, wypłynęliśmy dalej. Ech, ciężko po rozleniwiającej godzinie znowu wrócić na kajak. Ale zebraliśmy wszelkie siły i o 15,30 wychodziliśmy na brzeg przed starym mostem w Nowym Dworze Mazowieckim - przed nami była najtrudniejsza część - przeciągnięcie kajaków 200 metrów przez krzaki i lasek do czekających samochodów. Dzięki wielkie dla dwóch osób, dzięki którym się to udało - ojca mojego i Łukasza. Bo to oni zarwali dzień wolny od pracy i odbierali nas samochodami. Udało się, choć lekko nie było - jestem niemal pewien, że za mostem istnieje jakieś lepsze dojście niebędące terenem prywatnym, ale to już sprawdzę przed następną wycieczką:)

O 18 byliśmy wszyscy, cali i zdrowi w Warszawie. Chociaż szczerze powiem, ekipa palavowo - pociągowa nie wiem, czy już o tej porze była na miejscu:) Ale wiem, że i oni wrócili - o 16 dopłynęli do nas do Nowego Dworu!

Przepłynęliśmy w ciągu tych 6,5 godziny nieco ponad 36 km. Ale mniej lub bardziej efektywnego wiosłowania było 5 godzin - więć średnia imponująca. W tym czasie widzieliśmy naprawdę pełne bogactwo krajobrazów Wisły. I chociaż do samego Modlina nie dopłynęliśmy, a z miejsca, gdzie skończyliśmy, nie widac było twierdzy, to jednak widzieliśmy i Stare Miasto, i Cytadelę, i parę innych rzeczy.

Niesamowite wrażenie robi bogactwo fauny nad Wisłą - wspomniane bobry, ale i sokoły, błotniaki, nawet orzeł bielik! Szkoda tylko, że Wisła jest jednak wciąż mało zachęcająca do kąpieli. A "królowa polskich rzek" na prawdę ma zadatki, żeby się podobać. Bardzo podobać.

Kilka zdjęć znajdziecie tutaj

A kolejny spływ na pewno już wkrótce!

Lipiec - 2024
PoWtŚrCz PtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031