Stowarzyszenie Turystyczne Oceanicus. Wakacyjne spływy kajakowe i weekendowe wypady na kajaki przez cały rok

Relacja: 100km w 24h - spływ Radunią na miano Debila

Termin: 26-28 czerwca 2009

kiero: Ewa Affek

Cześć Wszystkim!

Zapraszamy do przeczytania opisu wyprawy i obejrzenia zdjęć.
Mamy nadzieję, że relacja i zdjęcia zachęcą Was
do wzięcia udziału w tej niebanalnej imprezie.

Pozdrawiamy
Ewa i Justyna
 

Relacja:

W piątek silną 4-osobową grupą wyjechaliśmy z Warszawy na Piąty Długodystansowy Ekstremalny Bieg - Inauguracja Lata organizowany przez Klub Kajakowy Żabi Kruk z Gdańska. Celem było przepłynięcie rzeki Raduni i Motławy na trasie Stężyca - Gdańsk, 100 km w 24h, czyli spływ na miano DEBILA;)

 

Około godziny 13tej wyruszyliśmy z Warszawy. Kierowcami byli Maati i Justyna. Pierwsze postoje. Na drugim zatrzymaliśmy się na obiad w nie byle jakim zajeździe, ba! trafiliśmy do samego raju, bo zajazd nazywał się EDEN. I choć w menu była oferta sprzedaży knajpy, a przy wjeździe trzeba było uważać na żmije i kleszcze, to obiad był naprawdę dobry. Najedzeni wpakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w dalszą drogę. W Gdańsku zaopatrzyliśmy się w dopalacze, batoniki, itp., co by mieć siły na dobowe pływanie w kajaku. W Żabim Kruku dołączył do nas Grzesiek. Otrzymaliśmy debilowe zestawy składające się mapy i koszulki. Potem foliowaliśmy swoje mapy, przebieraliśmy się na spływ, uzupełnialiśmy zapasy i wrzucaliśmy do naszych worków wszystko, co najbardziej potrzebne. Kazik (tak, ten z „Kazik i my”) mówił nam jak to jesteśmy źle ubrani i razem ze Ślimakiem (uczestnik z wąsami;) podburzali nasze ego obgadując płeć piękną, że co my w ogóle na tym spływie robimy. Mimo tego Ślimak pozwolił mi zrobić sobie zdjęcie w jego kapeluszu;)

 

… i pakujemy się do busa. Termi tryskała energią i pomysłami, które zaskakiwały Panta Rejów. Niestety, nie dało się już pospać:) Przed godziną 22 znaleźliśmy się nad jeziorem. Tam czekały już na nas kajaki (jedynki Prijon Cruiser) z ekajaki.pl Chłopaki otrzymali „kurczakowe” koszulki, w których - muszę przyznać - było im bardzo do twarzy;) Dla mnie i Justyny już nie starczyło. Oficjalne rozpoczęcie i na wodę. Nieduża mielizna na starcie i za chwilę już środek pierwszego jeziora. Widoki naprawdę super – niezapomniane. Z początku płynęłam z Grześkiem, potem trochę z Justyną, z Maatim, a potem z Agą. Kiedy zostałyśmy we dwie na końcu, przed nami widać już było tylko światełka – migające diody czołówek, które coraz bardziej się oddalały, aż w końcu znikały. Po pewnym czasie słyszymy, że ktoś jednak za nami płynie. To kanadyjkarze, a byli tacy jedni na starcie. Mówię do Agi, że to nie mogą być „nasi”, bo my jesteśmy ostatnie, na co Termi: „O tej porze to tylko debile pływają”, po czym usłyszałyśmy komentarz „my nie z tej imprezy”. Cóż, pozostało nam płynąć dalej. W końcu udało się dogonić naszych debilów. Tam znów część trasy przepłynęłam z Grześkiem i Maatim, ale oni mieli takie motorki w …… kajakach, że nie było opcji. Powoli zaczęło się robić widno. Na trasie spływu jacyś kolesie biegali z gołymi tyłkami nad rzeką – o 3iej nad ranem! Płynęłam wtedy z Łukaszem, czasem gadaliśmy, a czasem Łukasz słuchał mp3 i coś śpiewał, więc całkiem przyjemnie mi się wtedy wiosłowało;) Kiedy przepłynęliśmy wszystkie pierwsze jeziora, można było chwilę odsapnąć. Ku mojemu zdziwieniu, na postoju spotkałam Maatiego i Grześka, ale nie na długo, bo oni już swój odpoczynek kończyli i zaraz ruszali w siną dal. Niedługo po nich i ja z pozostałymi chłopakami z postoju. W końcu zaczęła się rzeka i trasa stała się dużo przyjemniejsza. Niewielkie bystrza, urokliwe miejsca. Po pewnym czasie ponownie płynęłam z Łukaszem, który robił przyśpiewki;) Rzeka stała się jednostajna i strasznie kręciła. W końcu ponownie dotarliśmy do „naszej” ekipy, która zatrzymała się na małe śniadanie przed jarem Raduni. W Jar ruszyłam już z Justyną, Magdą (z Panta Rei), Marcinem z  Neptuna i z Łukaszem. Dzieliliśmy się co jakiś czas i czekaliśmy na siebie nawzajem, co w konsekwencji zabrało zdecydowanie za dużo czasu. Bardzo wspomagał nas Marcin, czekał, podpowiadał, torował drogę, a rzeka na tym odcinku jest mocno zwałkowa. Odcinek 10 kilometrowy zajmuje spokojnie 3 godziny. Rozdzieliliśmy się już pod koniec jaru, jakieś 2-3 kilometry przed kolejną przenoską. Marcin i Łukasz zniknęli z horyzontu, a my zostałyśmy we 3. Na przenosce kanadyjkarze, słońce i kilka innych osób. Krótki odpoczynek i dalej w drogę. Rzeka znów urokliwa, chociaż zmęczenie trochę już nam doskwierało.

 

 

Ta przenoska, o której przed chwilką pisała Ewa miała miejsce w miejscowości Żukowo o godzinie 11:00. Piętnaście minut odpoczynku poświęciłyśmy na posiłek i delektowanie się bezruchem. Ewa zrobiła porządek ubraniowy nakładając czyste i lżejsze wdzianko, a ja do swojego podręcznego bagażu dorzuciłam kolejne batoniki i napoje izotoniczne. Za przenoską zaskakująco szybki jak na Radunię nurt rzeki pomagał nam płynąć. Aby nie było nam jednak za lekko, rzeka kazała nam meandrować i od czasu do czasu przeciskać się między gałęziami wierzb porastających obficie jej brzegi. Kilka kilometrów za Żukowem Radunia zaskoczyła nas bystrzem, w którego nurcie leżało zwalone drzewo. Należało to miejsce zgrabnie wyminąć trzymając się prawego brzegu i tak też uczyniłyśmy. Słonko nie żałowało energii i świeciło nam w pełni na niebie. Podczas  kolejnej przenoski zostałam pouczona przez innych uczestników, że ”nie powinnam płynąć tak ciepło ubrana, ponieważ się zagrzeję”. Tak sobie to wzięłam do serca, że przed przepłynięciem sztucznego jeziora w okolicach Łapina postanowiłam zdjąć kurtkę kajakową. Kolejny raz otrzymałam dowód na swoją ciepłolubność i tuż po przepłynięciu zbiornika ponownie ją założyłam. Rzeka zadziwiała nas swoimi urokami w postaci pięknej, okazałej roślinności i lokalnej fauny. Udało mi się zobaczyć trzy zimorodki i wydrę. Co jakiś czas zanurzałam ręce wraz z nałożonymi na nie rękawiczkami piankowymi w wodzie, by przynieść ulgę obolałym nadgarstkom.

 

Na sztucznym jeziorze w Kolbudach przywitała nas i pożegnała muzyka. Ponieważ właściciel sprzętu grającego nie szczędził głośników, miło się wiosłowało w rytmie aż za dobrze słyszanych  piosenek „Cykady na Cykladach”, „Knocking on heaven’s door” i innych…

 

Proszę Państwa, proszę się skupić, bo przed nami najbardziej debilowata część opowieści! Myślę, że organizator nie chciał, by bolały nas tylko mięśnie od pasa w górę i przygotował szlak, w trakcie którego trzeba też popracować nogami… czyli przenoska! Ale przenoska niebylejaka, bo pod górę, przez wysoką trawę i o niebanalnej długości, około 900 metrów.

Wiedząc o tym punkcie wycieczki, kupiłam grubą, 3metrową linkę, która służyła mi za uprząż. Przełożyłam ją przez uchwyt w kajaku i powiązałam końce, a do stworzonej w ten sposób pętli wskoczyłam, by dzielnie odgrywać rolę konia pociągowego. Co jakiś czas robiłyśmy sobie z Ewą przerwy na odpoczynek od ciągnięcia kajaków i na podziwianie okoliczności przyrody. Tutaj też spotkałyśmy dwie osoby, które zdecydowały się zakończyć zawody. Magda poddała się ze względu na kajak, którego nie dało się ciągnąć na przenoskach i musiała go nosić, a że stary był to i ciężki. Kolega skapitulował ze względu na opuchnięte i odmawiające posłuszeństwa nadgarstki.

 

Po przenosce i dość długim posiłku ponownie chwyciłyśmy za wiosła. Długi odpoczynek nie był dobrym pomysłem, ponieważ na nowo musiałyśmy rozruszać obolałe mięśnie.

 

Udało się je doprowadzić do użytku w okolicach jeziora Straszyńskiego. Tam też „poszłyśmy na łatwiznę” i wysiadłyśmy z kajaków w celu ich przeniesienia na komfortowym, nieporośniętym wysoką trawą brzegu. Okazało się wkrótce, ze brzeg ten należał do pobliskiej elektrowni i nie powinien być odwiedzany przez kajakarzy. Na szczęście, bardzo miły Pan pracujący na terenie stacji, tylko życzliwie nas o tym poinformował i poszukał klucza do furtki, do której z zaangażowaniem pomógł nam ciągnąć kajaki. Za furtką ponownie przywitała nas Radunia.

 

I znów wiosłowałyśmy i znów napotkałyśmy przenoskę. Tym razem jej nietypowość wiązała się z tym, że woda w miejscu lądowania na brzeg pokryta była kożuchem czegoś, co przypominało wyglądem i zapachem ludzkie odchody… Fuj! Szybko opuściłyśmy to miejsce i powiosłowałyśmy dalej. Spotkałyśmy jeszcze jedną przenoskę i zakończyłyśmy naszą debilowatą przygodę przy moście na ulicy Grunwaldzkiej w Pruszczu Gdańskim.

 

Gdy Beata z Marcinem dowieźli nas do Żabiego Kruka, impreza podebilowa dobiegała końca. Jak zawsze, mogłyśmy liczyć na dobre serce i opiekę Termiego. Aga przyniosła nam po pełnej misce gorącej zupy i kubku herbaty.  W czasie, gdy każdy ruch ręki był nadludzkim wysiłkiem, taka pomoc była na wagę złota. Siedzieliśmy, gawędziliśmy i słuchaliśmy opowieści innych osób… że ktoś w kajaku zasnął i obudził się po wylądowaniu w wodzie… że pierwsi uczestnicy przypłynęli po 16tu godzinach, że ktoś wiosło złamał i na związanym sznurkiem płynął ostatnie 30 kilometrów, że ktoś miał składany wózek, który wyciągał na przenoskach… Mimo chęci posiedzenia dłużej, zmęczenie zmusiło nas do rozłożenia karimat, śpiworów i pójścia spać.

 

Następnego dnia, po zjedzeniu przygotowanych przez Termiego kanapek, ruszyliśmy na plażę do Sopotu. Ostatecznie odbyliśmy spacer po plaży w Gdańsku, zjedliśmy lody, ruszyliśmy na spacer w poszukiwaniu rybnej Tawerny, znaleźliśmy ją, zjedliśmy ryby, ponownie spacerowaliśmy, napełnialiśmy żołądki goframi i lodami… w końcu spakowaliśmy się do samochodów i wróciliśmy do Warszawy. W Gdańsku szalone uczestniczki wyprawy, Ewa i Termi wskoczyły do zimnej, morskiej wody i nogi nas już zaczynały boleć od stania w oczekiwaniu na to, kiedy z niej wyjdą!

  

Uczestnicy i osiągnięcia:

  • Grzesiek Kazimieruk - Debil 22h 8 minut (Grzesiek osiągnął drugi stopień debilowatości. Przepłynął już dystans i zmieścił się w czasie w 2008 roku)
  • Mateusz \\\\\\\\\\\\\\\"Maati\\\\\\\\\\\\\\\" Popiołek – Debil 22h 8 minut
  • Ewa Affek – prawie Debil 85km
  • Justyna Połeć – prawie Debil 85km
  • Agnieszka Cyganiuk (Termi) – Debil w jednej trzeciej - ok. 30 km

 

Lipiec - 2024
PoWtŚrCz PtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031